Flamenco – zakończenie roku tanecznego

Flamenco – zakończenie roku tanecznego

Tym razem piszę to ja, czyli Ula. Mam przyjemność dzisiaj pochwalić się debiutem „scenicznym” w najtrudniejszym chyba tańcu, który dla mnie zawsze był wyzwaniem.

Flamenco chodziło za mną od zawsze, tak jak zresztą taniec w ogóle. W okresie nastoletnim zgłębiałam tajniki tańca towarzyskiego (rumba, czacza, jife, samba, walc, quickstep, foxtrot, tango…), potem turniejowego, nawet do klasy B, później krótka fascynacja rock’n’rollem w parze, takim typowym, typu Billy Haley, następnie salsa i tańce latynoskie, merenque, bachata…. Wszystko fajnie, ale …. flamenco! Wiadomo, że to za trudne i że gwiazdy estrady ze mnie już nie będzie. Więc nie opłaca się zaczynać. Na studiach (Iberystyka) ciągle jednak wyłaniała się kultura flamenco, jak wróbel zza płota i spokoju mi nie dawała.

Wyjechawszy do Hiszpanii w 2011 roku, zapisałam się do lokalnej szkoły flamenco w Castellon w Walencji. No… coś tam „w podobie”, jakby powiedziała moja ciocia. Po paru miesiącach przeprowadzka do Sewilli. Na widok zielonej tablicy drogowej „Andaluzja” po całym ciele poczułam dreszcze… hmm….chyba nie ma odwrotu od flamenco.

Najpierw przez dwa lata szkoła na Trianie, polecona przez nieocenioną Dagmarę ze Studio Flamenco w Warszawie.  Potem lenistwo dojazdów do centrum wzięło górę i oto…. efekt rocznego kursu w lokalnej szkole w Espartinas, nieopodal bazy spadochronowej, gdzie między skokami i zajmowaniem się naszym Domem Gościnnym, uczęszczałam na lekcje dwa razy w tygodniu. Na koniec roku uczennice Escuela Municipal de Danza przygotowują występ taneczny. Przygotowania i wybory kolorów spódnic i dodatków trwają tygodnie, a budżet musi dopasować się do najmniejszego.

W grupie byłam jedną z dwóch najstarszych babek, reszta to nastolatki, tańczące od 4. roku życia. Ale zawziętość w skali 10. Pierwszy taniec flamenco – tangos – mój ulubiony, co widać. Drugi – solea – tzw. matka wszystkich palos flamenco, najtrudniejszy rytm i chyba trochę za wysokie progi dla nas, ale… dałam radę. Na koniec Farruca, taniec w wersji bardziej męskiej, w spodniach i kamizelce, stylizowany, ze sporą ilością escobillas (stepowania). Po mojej minie ewidentnie widać zirytowanie na nietrzymanie linii przez koleżanki, spychanie i ogólnie brak pracy w grupie.

No ale pierwsze koty za płoty. Następnym razem obiecuję popracować nad mimiką i wykonać prawdziwy show :)))!

Miłego oglądania i z góry dziękuję za wszystkie wyrazy wsparcia.

Podziel się na:
  • Print
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • LinkedIn
  • Twitter