Hiszpańska krew – można? można!

donacion-de-sangreOddawanie krwi to zagadnienie dość niszowe. Nie życzę nikomu zapotrzebowania na otrzymanie krwi lub na leki wytwarzane z tej tkanki.

W Polsce bardzo często można spotkać się z akcjami powielania „zapotrzebowania” na krew. Oczywiście zazwyczaj jest jest to jakieś małe dziecko, które zaraz umrze jeśli nie zalajkujemy wpisu, lub jeśli w heroicznym odruchu pomocy nie udostępnimy tego dalej.

Te akcje są bardzo dobre dla informatyków hodujących strony FB na swoich farmach. Nie mają jednak nic wspólnego z rzeczywistością. A realia są proste. Nie da się niczym zastąpić krwi. Nie da się jej wyprodukować. Potrzebni są krwiodawcy. To proste i nie ma co tego komplikować.

Z mojego punktu widzenia zabieg oddawania krwi jest nie tyle humanitarną pomocą, ile wyszukaną formą egoizmu. Takiego dobrego. Uprawiam go od lat. Oddając krew powodujemy mobilizację organizmu. To mocny czynnik aktywujący układ immunologiczny. Kiedyś cyrulicy, przy każdej okazji upuszczali pacjentom krew. Coś w tym było, choć oczywiście to nie jest żadne panaceum. Krwiodawcy są zdrowsi dzięki właśnie temuż oddawaniu krwi. Raz, dwa razy do roku nikomu nie zaszkodzi, pomoże zarówno oddającym, jak tym anonimowym obdarowanym.

W RP dochrapałem się tytułu Zasłużonego Honorowego Dawcy Krwi kl 1. Czyli taki krwiodajca, co ma wielkie jajca (bezsensowny rym, ale fajny ;p) W Hiszpanii też oddaję i chciałbym się podzielić krótkimi spostrzeżeniami.

Panowie i Panie. Przepaść. Zupełnie inna bajka. Kultura. Elegancja. Polecam.

No tak, to byłoby tyle, gdybym chciał przekaz skrócić do minimum. Ale potoczę go nieco dalej. W Pomrocznej odnosiłem wrażenie, iż jestem piątym kołem u wozu w systemie krwiodawstwa. Przeszkadzałem z tą swoją juchą pielęgniarkom i lekarzom. Spychologia, olewanie, zwracanie się do mnie w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Lipa.

Zniechęcali mnie, ale się nie dawałem. Miałem swój plan i go realizowałem, ale z coraz głębszym westchnięciem wychodziłem z punktów zbioru płynnej tkanki bogatej w żelazo. Nie chciałem być żadnym bohaterem, nie chciałem pochwał i pokłonów. Nie chciałem wdzięczności i dziękowania. Jedyne co, to potrzebowałem odrobiny szacunku, takiego anonimowego, takiego ludzkiego, nie kierowanego do mnie osobiście, ale do tych, co za darmo, bez przymusu, bez potrzeby brania zwolnienia lekarskiego przychodzą aby wykonać niezbyt przyjemny zabieg. Nic z tego.

W Hiszpanii natomiast jest inaczej. Z normalną życzliwością, bez żadnej wylewności, pomimo tego, że jestem extranjero, pomimo tego, iż używam bardzo wąskiego zasobu słów – mogę sobie pójść, oddać i wyjść z uśmiechem. Nie zostaje niesmak, a uwierzcie mi, to bardzo ważne.

Dlatego, jeśli chcielibyście zrobić coś dla siebie i troszkę dla innych, nie obawiajcie się. Nie lękajcie i ducha nie gaście. Kawka, ciasteczko, napoje – to nie zapłata, to taka forma ugoszczenia dawcy. Personel, który nie daje upustu swojej frustracji zawodowej, który robi swoją robotę tak, jak trzeba. W każdym mieście znajdziecie punkt krwiodawstwa. A jak już będziecie w systemie, to sms’em będą was informować, gdzie najbliżej od waszego zamieszkania prowadzona jest akcja.

Wczoraj musiałem trochę poczekać bo fani piłki nożnej mieli jakąś zbiórkę firmowaną przez jakąś fundację. Pusto nie jest nigdy. Za każdym razem jest fajnie, na takich „zapraszanych” imprezach często jeszcze lokalne zespoły grają i tańczą. Po prostu wypas z hiszpańskim przytupem. Fajnie.

Kolejny raz przekonuję się, jak dobrze mi jest w tej części Europy 😉

Podziel się na:
  • Print
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • LinkedIn
  • Twitter